W Karpaczu zakończył się Turniej Ostatniej Szansy. KTSW Kalisz reprezentowali Jędrzej Adamczewski w grupie chłopców do lat 11, oraz Kacper Zakrocki grupa chłopców do lat 9. Jędrzej zdobył 6/9 pkt i zajął ostatecznie 5 miejsce, pierwszych czterech zawodników otrzymywało bezpośredni awans do FMP. Kacper miał 4,5/9 i był trzynasty w swojej grupie.

Strona Mistrzostw

Remisować czy nie remisować? etyczność szachowa vs. sukces, zapraszam do zapoznania się z artykułem p. Jerzego Adamczewskiego

Jerzy Adamczewski

Turniej ten rozegrany został w dniach 24.11. do 1.12. w Karpaczu. Większość zawodników mieszkała w Domu Wczasowym Admirał (cichy i położony „daleko od szosy”) i tam też rozgrywane były kolejne rundy. Program turnieju obejmował 9 partii granych od niedzieli do soboty o 9.00 rano oraz w poniedziałek i w środę dodatkowo o 15.00. Jędrek grał w grupie C11. Zawodników było 25, a czterech pierwszych uzyskiwało awans do finału Mistrzostw Polski Juniorów. Jędrek miał fatalny początek. Dwie porażki w pierwszych rundach (Mateusz Mazalon 1787 MKS Emdek Bydgoszcz i Jakub Sokołowski 1661 KSz. Maraton Łomża) poniesione w kiepskim stylu, zepchnęły Jędrka na końcowe miejsca w tabeli i w dużej mierze pozbawiły już na samym początku szans na awans. Na szczęście od trzeciej rundy było już zdecydowanie lepiej. Kolejne 3 zwycięstwa (Radosław Gromala 1600 Stilon Gorzów, Krzysztof Kruszyński 1600 UKS Jedynka Bełchatów, Samuel Matysiak 1598 ASSz-MOK Rabka Zdrój) pozwoliły na zbliżenie się w tabeli do pierwszej dziesiątki. Wydawało się, że po pierwszych niepowodzeniach pojawił się nikły promyk nadziei. Kolejne 4 wygrane mogły dać awans, ponieważ żaden z zawodników nie miał już kompletu punktów. Niestety, popołudniowa partia w środę pozbawiła Jędrka jakichkolwiek szans. Po dobrej, równej grze, ale słabo rozegranej końcówce, nastąpiła przegrana (Michał Orzechowski 1800 MKSz Rybnik). I zamiast całkiem realnego remisu, a nawet zwycięstwa, bowiem przeciwnik zdołał wygrać w ostatniej minucie swojego czasu, na koncie pojawiło się trzecie już 0. Kolejny spadek w tabeli (17 miejsce) przy słabym wartościowaniu odarł nas z jakichkolwiek szans. Czołówka oddaliła się już zbyt daleko. Wszystko wskazywało więc na słabiutki końcowy wynik. Ale Jędrek nie załamał się. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego trenera (Janusz Żyła) oraz internetowym kontaktom ze swoim trenerem, Jędrek zacisnął zęby i mocno zdopingowany ruszył do boju. Dwie kolejne partie po dobrej grze okazały się zwycięskie i dały awans na ósme miejsce. Pokonani zostali: Krzysztof Wyszomirski II+ 1713 UKS Hetman Michałowice i Radosław Świderski 1800 Stilon Gorzów. Przed ostatnią partią sytuacja w tabeli była następująca: pierwsi czterej zawodnicy mieli po 6 punktów, a kolejnych pięciu po 5. W ostatniej rundzie komputer skojarzył w pary czterech pierwszych w tabeli. Kolejne dwie pary stanowili gracze, którzy zdobyli po 5 punktów. Na piątej szachownicy Jędrek miał zagrać z Arturem Ziembą (4,5 punktu, 1600 LKS Stomil Bełchatów) – przeciwnikiem bardzo niewygodnym, z którym jeszcze nigdy nie wygrał. Zaistniały więc takie okoliczności, że przy nieremisowych rozstrzygnięciach na dwóch pierwszych szachownicach, szanse na awans, pod warunkiem swoich wygranych, mieli jeszcze Piotr Terochin (1800 ASSz Miedź Legnica) i Maciej Jajte-Pachota (1800 KKSz. Kraków) ze względu na swój wysoki Buchholz.


Kiedy wieczorem usłyszałem, że wszystko jest już „pozamiatane”, bo na pierwszych dwóch szachownicach ustalono remis, o czym niekryjąc się mówili zainteresowani gracze, nie bardzo mogłem w to uwierzyć. Nie bardzo też przychodziły mi do głowy argumenty, którymi mógłbym przekonać Jędrka do ambitnej postawy w ostatniej partii. Skoro szans na awans nie było już żadnych od szóstej rundy, a wyniki na pierwszych dwóch szachownicach są już znane, to jak zachęcić dziecko („Tato, po co się męczyć? Przecież i tak wszystko już wiadomo”), żeby grało do tzw. końca? Kiedy rozpoczęła się ostatnia runda, postanowiłem z ciekawości zobaczyć, co będzie się działo na dwóch pierwszych szachownicach. Z zasady nie oglądam partii „na żywo”, wszak później przy zapisie można to zrobić w ciszy i w spokoju. Przy pierwszej szachownicy chłopcy siedzieli w sumie 15 minut: grający białymi 10 minut, a czarnymi niecałe 5. Z czego 99% poświęcono na ciche rozmowy i uwagi, uśmiechy, dłubanie w nosie, rozglądanie się wokół, patrzenie w sufit i chodzenie po sali. Po kilku ruchach podpisano remis. Przy drugiej szachownicy chłopcy siedzieli kilka minut dłużej. Temu, przed którym stały czarne bierki, w momencie podpisywania remisu zegar wskazał całe 3 (!!!!) minuty. Ci, którzy mogliby ewentualnie awansować ostatecznie nie zdobyli po punkcie. Nie wiem, czy znając już całą sytuację i akceptując takie rozstrzygnięcia walczyli jeszcze „do upadłego”, czy też pogodzili się z losem? Jędrek w każdym razie wygrał swoją partię z Arturem i w końcowej tabeli zajął 5 miejsce. Dzięki rozegraniu 4 partii z „elowcami” i wygraniu dwóch, uzyskał „częściówkę” – 1689 na swojej drodze do rankingu ELO. To niewątpliwy pozytyw.


Zastanawiają mnie bardzo te kontrowersyjne okoliczności. I wcale nie dlatego, że Jędrek zajął piąte miejsce, a tylko pierwszych czterech awansowało. My szanse straciliśmy znacznie wcześniej, ale posiadający wysokiego Buchholza mogli jeszcze na coś liczyć. Ano właśnie. Czy mogli? Czy też wiedzieli, rozumieli i akceptowali, że wszystko jest już „pozamiatane”?. W takim razie po co rozgrywać farsę, zwaną ostatnią rundą?


Pan Andrzej Modzelan, którego teksty bardzo, bardzo mnie się podobają, na stronie internetowej Agencji 64 PLUS zamieścił kilka felietonów. Jeden z nich jest szczególnie cenny – Dekalog młodego szachisty. We wstępie napisał: „Ucząc dzieci grać w szachy nie sposób nie oddziaływać na nie wychowawczo, chociażby poprzez zasady i reguły, jakich sami przestrzegamy …”. Zapewne właśnie je miał na myśli ojciec jednego z czterech chłopców z pierwszych szachownic i bardzo trafnie i inteligentnie skomentował moje zastrzeżenia: „trzeba było wcześniej myśleć!”. Czy przy takim rozumowaniu powinniśmy się dziwić, żeby daleko nie szukać, tak szerokiej i głęboko sięgającej aferze korupcyjnej w polskiej piłce nożnej? Czy otwarte ustalanie remisów przed ostatnią rundą turnieju szachowego czegoś tu nie przypomina? Wspomniany Dekalog młodego szachisty w „przykazaniu” czwartym mówi: „Jeżeli młody zawodnik zasiada do partii szachów z inną myślą niż zwycięstwo, to jest to bardzo groźny sygnał, którego nie wolno lekceważyć.”. W kolejnym „przekazaniu” stoi: „Droga na szachowy Olimp jest stroma i naznaczona wieloma wybojami. Do tych najgroźniejszych z pewnością zaliczają się propozycje remisowe i ich akceptacja.”. A co powiedzieć o remisach ustalonych o wiele wcześniej, niż zaczęła się partia? O takich Andrzej Modzelan bardzo delikatnie napisał w kolejnych punktach. W siódmym autor pyta: „Dlaczego nie ofiarujemy sobie wzajemnie najlepszych partii na jakie nas stać? Krótkie remisy, uzgodnione wyniki dające korzyści (…) nie należą do rzadkości. A szkoda.”. Ósme „przykazanie” – zatytułowane Szachy to królewska gra, zatem obowiązują nas królewskie obyczaje – godne jest przytoczenia w całości: „W dawnych czasach propozycja remisowa ze strony zawodnika stojącego gorzej, uważana była za duży nietakt towarzyski i była szeroko komentowana w kuluarach turniejowych sal. A jak jest dzisiaj? Cóż, jakże często młodzi zawodnicy uczeni są taniego sprytu, sprytu – który za punkt honoru stawia sobie konieczność zdobycia punktu za wszelką cenę – w myśl zasady: cel uświęca środki! Ja na to niezmiennie odpowiadam: a środki uświniają cel …”. Jakże pięknie to brzmi.


A jak ma się do tego wcześniejsze ustalanie wyników? „Zwycięskie” remisy, czyli w praktyce wojskowa pozoracja pola walki, czyli mówiąc wprost – oszukiwanie. Czy gracz nie wchodzący w zmowę będzie Lubił grać w szachy? Będzie chciał grać coraz lepiej? Będzie uważał, że: Pragnę wygrać każdą partię? Nie proponuję i nie przyjmuję remisów? Nie lekceważę żadnego przeciwnika? Czy rzeczywiście Szachy to królewska gra, zatem obowiązują królewskie obyczaje? Kursywą zapisane są tytuły kolejnych punktów Dekalogu A. Modzelana.


Powstają zatem pytania. Czy tak być musi? Czy takie działanie jest przez wszystkich akceptowane i traktowane jako czynność naturalna? Czy zawsze cel musi uświęcać środki? Skoro wygląda to na codzienność szachowych turniejów (o krótkich remisach i uzgodnionych wynikach wspomina A. Modzelan), trudno temu zaprzeczyć. A czy są jakieś remedia w tym względzie? Nie wiem. Nie żyję szachami na co dzień, a jedynie od święta. Jestem tylko ojcem młodych, utalentowanych podobno szachistów. Nie wiem też, czy długo grać będą zgodnie z ideą wpajaną im przez trenera: gramy zawsze o zwycięstwo, gramy do końca i nie poddajemy się w żadnej sytuacji. Jest to postawa szczególnie godna pochwały u dzieci. A gdzie w tym wszystkim są sędziowie, z definicji zobowiązani do sędziowania partii? Chyba jednak przepisy szachowe nie do końca i literalnie precyzują postawę sędziego. Wpisywanie wyników i reagowanie na zastrzeżenia i uwagi zgłaszane przez zawodników to jednak, tak uważam – zbyt mało. Czy nie powinni w trakcie ostatniej rundy, takiej np. jak w Karpaczu w kategorii C11, wziąć krzesło i usiąść przy zawodnikach? A może, skoro takie działania są, jak wiele na to wskazuje, akceptowane, lepiej byłoby zakończyć turniej na rundzie ósmej i ogłosić awans czterech pierwszych? Albo te dwie partie „rozegrać” gdzieś w hotelowym pokoju bez narażania innych na obserwowanie żenujących działań symulujących i ośmieszających grę w szachy? Oczywiście, nikt nie musi oglądać partii szachowych, ale czy to jest rozwiązanie problemu? A może przyznawać 2 punkty za zwycięstwo w ostatniej rundzie? Nie wiem. Jest wielu ludzi zajmujących się szachami w znacznie szerszym zakresie niż ja, których problem ten powinien zastanawiać i zmusić do myślenia nad jego rozwiązaniem – a może w ogóle go nie ma?. Ja sygnalizuję tylko tę kwestię, według mnie bardzo ważną, bo dotyczącą najmłodszych szachistów. I może subiektywną, ale powtarzam: nie jest to głos rozżalonego na cały świat ojca, którego syn nie wywalczył awansu, a był blisko. Przez kilka ostatnich dni turnieju zdążyłem się z tym faktem pogodzić. Nie jestem przeciwnikiem remisów, ale niech to będą rozstrzygnięcia wynikające z gry a nie z pokątnych ustaleń. Nie wiem też, jak czują się chłopcy, którzy mieli jeszcze szansę awansu przy, nazwijmy to – uczciwej grze innych. Naturalnie, obie kontrowersyjne partie mogły zakończyć się remisami nawet po czterech godzinach walki. Rzecz w tym, że zakończyły się po kilku ruchach i kilku minutach. A siedzący przy kolejnych dziesięciu szachownicach mogli tylko oglądać ironicznie uśmiechniętych „zwycięzców” idących z dumnie wypiętą piersią i podniesionym czołem do stolika sędziowskiego, aby zgłosić remis po trudnej i wyczerpującej grze – hehehe!!!!!!


Ponieważ nie jestem autorytetem w sprawach szachowych, wnoszę jedynie moje subiektywne, w pewnym sensie, zdanie. Być może spowoduje ono jakąś reakcję, a być może będzie jedynie swoistym votum separatum. I oby nie było zbyt długo tak, że „trzeba było wcześniej myśleć” – ta światła myśl stanowić będzie jedynie słuszne wyjaśnienie status quo w tej materii.