Legenda szachowego króla - Rober Fischer
źródło: www.o2.pl
autor: Łukasz Miszowski
11 lipca 1972 roku. W sali słychać tylko ciche kliknięcia zegara szachowego i monotonny szum kamer. Młody Amerykanin nagle popełnia błąd i pół świata traci oddech - nawet jeżeli 99% z tej połowy nie rozumie, co tak naprawdę się stało. Dla wszystkich jest jednak jasne, że właśnie przegrał pierwszą partię.
Bobby Fischer nie był quarterbackiem Green Bay Packers i nie rzucał futbolowej piłki na więcej niż 3000 jardów w sezonie. Nie wymachiwał też drewnianym kijem bejsbolowym, uderzając ze średnią ponad 300, ani nie zdobył hokejowego Pucharu Stanleya. Jednak przez ponad półtora miesiąca, od 11 lipca do 1 września 1972 roku, przykuł uwagę połowy Amerykanów. Dla nich było to niemal jak codzienne lądowanie Neila Armstronga na Księżycu. Starcie identyczne jak na szachownicy - białe kontra czarne. Wielka komunistyczna machina, bezduszny wychów arcymistrzów i sztab ludzi stojące za 35-letnim Borysem Spasskim, urzędującym mistrzem.
A naprzeciw niego o 6 lat młodszy, wysoki i charyzmatyczny, Bobby Fischer, wielka amerykańska indywidualność. Starcie światopoglądów i stylów życia. Zimna wojna na 64 polach. Cały niekomunistyczny świat wpatrzony w swojego nowego idola - Kapitana Amerykę i Supermana w tweedowej marynarce. Tylko z jednym "ale" - nowy kapitalistyczny heros był nie do końca normalny i kompletnie nieprzewidywalny.
Bobby urodził się 9 marca 1943 roku w Chicago. Jego matką była niemiecka żydówka Regina Wender, ojcem, zgodnie z dokumentami, Hans-Gerhardt Fischer, choć w aktach FBI widnieje informacja, że nigdy jego noga nie postała na amerykańskiej ziemi. Sześć lat temu "The Philadelphia Inquirer" wysnuł zatem teorię, że Robert był synem Paula Nemenyi, węgierskiego fizyka pracującego przy Projekcie Manhattan zakończonym amerykańską pomocą nuklearną zrzuconą na Hiroszimę i Nagasaki.
Fischer wychowywał się na nowojorskim Brooklynie, gdzie w wieku 6 lat nauczył się grać, śledząc dołączoną do kompletu szachów instrukcję. Przez cały rok dzieciak trenował z najlepszym przeciwnikiem, jakiego mógł sobie wymarzyć, czyli z samym sobą. Po tym gdy Bobby Fischer ograł Bobby`ego Fischera wystarczającą ilość razy i vice versa, młody geniusz przeszedł jak tajfun po nowych przeciwnikach z brooklyńskiego, a potem manhattańskiego, klubu szachowego. Kiedy trafił pod skrzydła znanego trenera Johna Collinsa, który uporządkował nieco jego sposób grania, przekształcił się w prawdziwą maszynę do zabijania przy pomocy kilku figur. W wieku 13 lat został juniorskim mistrzem USA, a w 1958, wciąż mając wiosen zaledwie 14, zdobył seniorski odpowiednik tego tytułu, stając się najmłodszym czempionem w historii USA (ten rekord do dziś nie został pobity).
Fischer poszedł za siłą ciosu, zajmując miejsce 5-6 w turnieju Portoroz Interzonal zapewniające mu udział w Candidates Tournament, którego zwycięzca stawał się jednym z pretendentów do pojedynku o mistrzostwo świata. W wieku, w którym jego rówieśnicy przeżywali oblany sprawdzian z biologii czy owijali się czerwonymi prześcieradłami, udając Jumpin' Jacka Flasha, i lepili Atlantydę z plasteliny, Bobby stanął przed okazją rozegrania najważniejszego szachowego meczu globu. Oczywiście pięcioosobowy zastęp dużo silniejszych i bardziej doświadczonych zawodników nie dał mu szans w turnieju pretendenckim, jednak sam udział nieletniego, pryszczatego geniusza w tych zawodach był swego rodzaju wydarzeniem w małym, bardzo małym, szachowym światku.
W 1960 roku Fischer wygrał razem z Borysem Spasskim silnie obsadzony turniej w Mar del Plata, przegrywając jednak bezpośredni mecz
z rosyjskim arcymistrzem - choć obaj tego jeszcze nie wiedzieli, zapoczątkowali tym samym swoistą szachową legendę. Choć Bobby był najmłodszym, i to z reguły o całe pokolenie, zawodnikiem światowego formatu, zaczął zachowywać się co najmniej dziwnie. Potrafił odmówić rozegrania partii, która miała odbyć się za wcześnie, "nawrócił się" na dziwadła głoszone przez Światowy Kościół Boga i snuł rozmaite podejrzane teorie o radzieckim spisku przeciwko niemu. Odpuścił sobie też Amsterdam Interzonal w 1964 roku, mimo że rezygnował w ten sposób z walki o tytuł mistrza świata. Zamiast grać w poważnych turniejach zafundował sobie za to objazd po Stanach, dając wykłady i pogrywając w rozmaitych lokalnych turniejach po mieścinach, w których nie było nic oprócz stodoły, ratusza i jednej szachownicy.
Wszyscy pukali się w głowę - Bobby się nie pukał, co było widać po jego czynach. Od czasu do czasu i od partii do partii Fischer przytomniał i rozgrywał jakieś ważne mecze i turnieje. Nie znaczy to jednak wcale, że znormalniał, bo przez moment wydawało się nawet, że Bobby, nieodwołalnie już, ma poważne szachy tam, gdzie skoczek z królową nie dochodzą. Kłócąc się o format zawodów i możliwą do zagrabienia z szachownicy kasę, nie wystartował w Mistrzostwach USA 1969, będących eliminacjami strefowymi do kolejnego Interzonalu. Żeby Amerykanin mógł w końcu łaskawie udowodnić światu, że jest najlepszy, zapłacono 2 000 dol. węgierskiemu arcymistrzowi Palowi Benko, który zrzekł się swojego miejsca w rzeczonym turnieju w Palma del Mallorca. Tam w przerwach między opalaniem się na plaży Fischer wygrał całe zawody, później pokonując jeszcze z rozbiegu i bez zadyszki Marka Tajmanowa i Benta Larsena oraz przebijając się przez żelazną obronę Tigrana Petrosjana. W tym ostatnim meczu Bobby grał tak, jakby był co najmniej z Rwandy czy innego Alfa Centauri, a defensywny geniusz rosyjskiego tytana był bezradny wobec jego niekonwencjonalnych zagrywek. Droga do Meczu Stulecia o mistrzostwo świata, pojedynku między szachowym Dobrem a Złem, starcia Dartha Vadera i Luke'a Skywalkera za pomocą pionków zamiast mieczy świetlnych w dłoniach, stała otworem.
Spasski kontra Fischer, Układ Warszawski kontra NATO, "błękitnokołnierzykowaty" kapitalizm kontra czerwony sierp i młot. Cały świat wiedział, że jeżeli ktoś może przełamać ponad czterdziestoletnią dominację Rosjan na szachownicy, może to być tylko Robert James Fischer, cudowne dziecko 64 pól i swoich rodziców. Oczywiście zanim do pojedynku doszło, Amerykanin musiał wykłócać się jeszcze o miejsce rozegrania meczu (chciał zdeptać Spasskiego na satelickiej ZSRR-owskiej ziemi w Jugosławii, w końcu zgodził się na proponowany przez Borysa islandzki Reykjavik), pieniądze (w końcu dzięki prywatnemu sponsoringowi podwojono pulę
do bezprecedensowego ćwierć miliona zielonych - w 1969 roku za mistrzostwo Spasski dostał tylko 1400 dol.) oraz spóźnić się na starcie o kilka dni.
Kiedy już jednak piony, wieże i skoczki poszły w ruch, Bobby niemal od razu popełnił błąd bardziej śmiertelny niż drzemka na aligatorze z problemami osobowościowymi, co doświadczony i błyskotliwy Spasski bezlitośnie wykorzystał, wygrywając pierwszą partię. Fischer zażądał wycofania z meczu kamer i ponieważ jego warunku nie spełniono, na partię numer dwa w ogóle nie wyszedł. Zanosiło się na spektakularny szachowy walkower. Jednak rosyjski arcymistrz, niepomny zapewne rad swoich trenerów z KGB, zgodził się na przeniesienie pojedynku do niefilmowanego pomieszczenia na zapleczu, by pokonać Amerykanina w uczciwej walce. Gdy jednak to uczynił, zapewne się obudził, bo w realu Fischer wygrał kolejnych siedem gier, remisując dwanaście i przegrywając tylko jedną. Jego podejście do meczu jednak szokowało. Kiedy jego przyjaciel, sekundant i arcymistrz w jednej osobie Bill Lombardy zaproponował mu przeanalizowanie partii Spasskiego, odpowiedź Fischera brzmiała: "Co chcesz analizować? Ten gość to leszcz. Chodźmy lepiej pograć w kręgle". Może i Rosjanin leszczem nie był, ale 12,5:8,5 nie pozostawiało wątpliwości, kto i z której strony żelaznej kurtyny jest najlepszy - taki wynik świadczył o tym, że kapitalizm został uratowany, świat jest wolny od problemu łupieżu i plam na Słońcu, a Bobby F. Okazał się gwiazdą wielkiego formatu nie tylko w Stanach. Co najlepsze, pomimo wcześniejszych długotrwałych sporów o pieniądze, sprzątaczki znalazły w jego pokoju hotelowym w Reykjaviku tysiące dolarów zostawionych pod poduszką i pod łóżkiem. Zresztą temu szachowemu geniuszowi nie chodziło nigdy - mimo tego, że zawsze się o nie wykłócał - o okrągłe sumy. Całe życie borykający się z kompleksem braku edukacji pośród szachowych arcymistrzów (porzucił szkołę średnią w wieku 16 lat) upewniał się, że jest kimś ważnym i wartościowym tylko dzięki otrzymywanym stosom banknotów.
Dzięki błyskotliwemu zwycięstwu Fischera nad Spasskim liczba członków Amerykańskiej Federacji Szachowej podwoiła się, opłaty za lekcje
królewskiej gry przebiły cenę butelki Jacka Danielsa, a sam Bobby pojawiał się w programach telewizyjnych i na okładkach czasopism tak często jak Brad Pitt w nowym tysiącleciu. Wszyscy sądzili, że mistrzowski tytuł szachista utrzyma przez dekady - głównie z braku godnych siebie przeciwników na horyzoncie podzielonym na 64 pola. Rzeczonym "wszystkim" umknęło jednak to, że w cieniu błyskających fleszów aparatów fotograficznych i pod warstwami nakładanego przez telewizyjne charakteryzatorki pudru coraz bardziej rozwijało się Fischerowe szaleństwo.
W fischeromanii, która ogarnęła nie tylko szachowy świat, ludzie w rozmaity sposób usiłowali sobie tłumaczyć to, że od czasu pojedynku ze Spasskim Bobby aż do 1975 roku, przez 3 lata, nie rozegrał żadnego spotkania turniejowego. Czekali na pojedynek o mistrzostwo świata z Anatolijem Karpowem, 24-letnim świetnym zawodnikiem radzieckim. Przed meczem Fischer postawił jednak 64 warunki. Większość z nich dotyczyła stricte zasad jego rozgrywania (m.in. niewliczanie do puli punktowej starć remisowych czy gra do 10 zwycięstw), ale część - na przykład to, że do pomieszczenia, w którym szachiści będą toczyć biało-czarny bój, wejść mogą tylko osoby bez nakrycia głowy - była zupełnie irracjonalna. Światowa Federacja Szachów odrzuciła jeden z warunków, mianowicie ten, by przy doprowadzeniu do stanu 9:9 tytuł mistrzowski pozostawał przy Amerykaninie. I kiedy wszyscy odetchnęli z ulgą, że pozostałe 63 zostały zaakceptowane... Bobby Fischer zrzekł się mistrzowskiego tytułu, po czym niemal zupełnie zniknął z radarów ludzkości. Tułał się po tanich kalifornijskich motelach i pomieszkiwał u swoich przyjaciół, grywając sam ze sobą i czytając podręczniki szachowe. Opętany paranoją nosił ze sobą wszędzie zamkniętą walizkę, w której trzymał oczyszczające organizm płyny, na wypadek gdybyRosjanie chcieli go otruć. Po Stanach zaś przemieszczał się z dokumentami wystawionymi na nazwisko Robert D. James, obawiając się przez cały ten czas, że jest śledzony przez komunistów i przede wszystkim przez międzynarodowe żydostwo.
Po 17 latach, kiedy świat zdawał się całkowicie o nim zapomnieć, Fischer objawił się w Jugosławii, grając rewanż Meczu Stulecia ze Spasskim. Pojedynek w 20. rocznicę oryginalnego starcia wygrał, pokonując Rosjanina dziesięciokrotnie, pięć razy przegrywając i remisując 15 partii. Przyczyna powrotu geniusza była prozaiczna - na zwycięzcę rocznicowej rywalizacji czekało 3,65 mln dol., a Bobby dramatycznie potrzebował pieniędzy. Wcześniej, kiedy jeszcze miał za co żyć, odrzucał propozycje rozegrania wszelkiej maści meczów, jakie dawał mu dyktator Filipin Marcos (za 4 miliony zielonych), jeden z frankistowskich hiszpańskich milionerów (o milion mniej) i szach Iranu (za 2 miliony). Jak mówili jego przyjaciele, Fischer nie grał, bo po latach przerwy i braku treningu obsesyjnie wręcz bał się porażki.
Rozgrywając mecz w objętej amerykańskim embargiem Jugosławii Bobby złamał prezydencką dyrektywę numer 12810, za co groziło mu do dziesięciu lat więzienia i grzywna w wysokości 250 tys. dol. Zapytany podczas pojedynku przez dziennikarzy, co o tym sądzi, Fischer wyjął list z amerykańskiego Departamentu Skarbu wzywający go do wycofania się z zamiaru grania na Bałkanach i na niego napluł. Nigdy więcej nie wrócił już do USA. Tułał się po środkowej Europie, pomieszkując przez dłuższy czas jedynie w Budapeszcie. Usiłował też promować swój wynalazek, tak zwane Chess960 lub Fisherandom, w którym początkowe ustawienie figur na szachownicy było generowane w sposób losowy. Później wyjechał na Filipiny, gdzie co jakiś czas dawał przypomnieć o sobie światu, udzielając wywiadów telefonicznych lokalnym stacjom radiowym. W nich zaś
podkreślał rolę ciążącego nad światem żydowskiego spisku oraz opluwał przez słuchawkę telefoniczną wszystkich, którzy w życiu napsuli mu choć trochę krwi, jednak nawet gdyby gadał przez całe tygodnie, nie zdołałby wymienić ich wszystkich.
Antysemicka mania Fischera nie była zresztą niczym nowym. Już w wieku 25 lat, kiedy przeprowadził się do Kalifornii, czas wolny od szachownicy spędzał podobno na lekturze nazistowskich książek - pomimo swoich żydowskich korzeni. Miał też mieć w sypialni nad łóżkiem zdjęcie podziwianego przez siebie za siłę woli Adolfa Hitlera. Kiedy na świeżo po zamachach z 11 września zadzwonili do niego filipińscy dziennikarze, Bobby dał upust wszystkim swoim narastającym od lat frustracjom. Na falach eteru płynęły jego marzenia o zamachu stanu, który w USA zamknie i wymorduje wszystkich Żydów, o tym, jak to były szachowy mistrz świata ma nadzieję, że Stany znikną z powierzchni ziemi i jak to wyraża swoją radość z powodu zamachów. Ameryka była w szoku. Jej emerytowany bohater czasu zimnej wojny - fakt, że przykurzony, posiwiały i zapuszczony, ale zawsze bohater - podniósł werbalną pięść na swoją ojczyznę.
Tymczasem Fischer, który przeniósł się w międzyczasie do Japonii, wciąż był prześladowany przez rządzących w jego mniemaniu światem żydowskich globalnych możnowładców. Na lotnisku Narita zatrzymano go z nieważnym paszportem amerykańskim i próbowano deportować do USA. Bobby zrzekł się jednak w czasie całej procedury obywatelstwa tego kraju, co kosztowało go kilkumiesięczny areszt w Kraju Kwitnącej Wiśni. W końcu nad zdziwaczałym i z całą pewnością nie do końca normalnym szachowym herosem na ugiętych glinianych nogach zlitowali się Islandczycy, nacja oszalała na punkcie szachów, przyznając mu obywatelstwo swojego kraju. Na pełnej gejzerów wyspie ślad po Fischerze niemalże zaginął. Niewiele o nim wiemy oprócz tego, że był tam wspierany przez swoją japońską żonę i zmagał się z ciężką chorobą nerek. Jednak ten jeden jedyny fakt okazał się najbardziej istotny - to choroba, a nie żaden z radzieckich arcymistrzów, pokonała finalnie Bobby'ego Fischera, zakładając mu ostatniego mata. Król szachów, będący jednak pionkiem - ale za to bardzo istotnym - w zimnej wojnie, został 17 stycznia roku znaleziony martwy w swoim domu w Reykjaviku. Miał 64 lata. Nawet ci, którzy powtarzali, że jest szalony, że zniszczyła go rozpętana przez Rosjan wojna psychologiczna, że to, co robi, jest ujmą i skazą na jego własnej legendzie, jego najwięksi rywale, przeciwnicy i krytycy, wszyscy pochylili głowy w milczeniu. "Odszedł największy geniusz szachów w historii", "Zmarł jeden z najwybitniejszych umysłów w dziejach ludzkości porównywalny kalibrem tylko do Newtona czy Einsteina" - takie głosy słychać było w środowisku po jego śmierci. I wystarczy to za cały komentarz. Zapomnijmy o tym, co mówił, o tym, co robił poza szachownicą - niech w pamięci wszystkich Bobby Fischer pozostanie wiecznie młodym, potarganym geniuszem skoncentrowanym na każdym swoim kolejnym, błyskotliwym ruchu.